niedziela, 7 lipca 2013

OSTATNIE POŻEGNANIE – BEZ PO0DANIA RĘKI. NOWY NAGROBEK, KOLEJNY ZNICZ – STRAŻNIK PAMIĘCI.



WSPOMNIENIE PIĄTE

Życie jest szansą, schwyć ją.
Życie jest pięknem, podziwiaj je.
Życie jest radością, próbuj ją.
Życie jest snem, uczyń je prawdą.
Życie jest wyzwaniem, zmierz się z nim.
Życie jest obowiązkiem, wypełnij go.
Życie jest grą, zagraj w nią.
Życie jest cenne, doceń je.
Życie jest bogactwem, strzeż go.
Życie jest miłością, ciesz się nią.
Życie jest tajemnicą, odkryj ją.
Życie jest obietnicą, spełnij ją.
Życie jest smutkiem, pokonaj go.
Życie jest hymnem, wyśpiewaj go.
Życie jest walką, podejmij ją.
Życie jest tragedią, pojmij ją.
Życie jest przygodą, rzuć się w nią.
Życie jest szczęściem, zasłuż na nie.
Życie jest życiem, obroń je.


Jasna, dębowa trumna na katafalku w zimnej, wilgotnej kaplicy przyciąga mój wzrok, choć wcale nie mam ochoty patrzeć w jej kierunku. Uchylone wieko kusi żeby zaglądać, choć wiem, co tam zobaczę. Jej blade, zimne ciało ubrane w najlepszą sukienkę. Niby wygląda jak ona, jakby spała, tylko, że jej zamknięte oczy pozostają nieruchome, a klatka piersiowa nie unosi się. Minęło już pięć dni od jej śmierci, a ja ciągle nie wierzę, nie dopuszczam do siebie myśli, że dziś rozpoczyna się ostatnie pożegnanie mojej żony.  Teraz jeszcze w otoczeniu najbliżej rodziny i przyjaciół. Ktoś szlocha, pociąga nosem, a ja nie jestem wstanie nawet mrugnąć powieką. Siedzę w pierwszej ławce, sam. Od dnia jej śmierci nie pozwalam się nikomu do siebie zbliżyć oprócz dzieci. Nie oczekuję pocieszenia, bo takie nie istnieje, nie chcę współczucia, bo to wcale nie pomaga, a mnie wręcz denerwuje. Chciałbym płakać, uzewnętrznić wszystko, co czuję, ale coś mi na to nie pozwala. Żyję jakby obok tego wszystkiego, nie wybierałem trumny było mi wszystko jedno. Nie wiem, kto to zrobił, chyba mój ojciec, który właściwie zajął się tym całym cyrkiem. Jedyną decyzją, jaką podjąłem sam, to miejsce pochówku. Teściowie chcieli pogrzebu w ich miejscowości, bo jestem młody, ułożę sobie kiedyś życie, a tam będzie miał, kto zająć się grobem. Pierwszy raz miałem ochotę uderzyć kobietę, choć bardzo lubię i szanuję swoją teściową. Powiedziałem tylko, że to moja żona i oni nie mają w tej gestii nic do powiedzenia. Wstaję rano tylko dla dzieci, jem, bo ktoś mi karze. Przeleżałbym całe dnie, ale ktoś ciągle próbuje wyciągnąć mnie z dołka nie zdając sobie sprawy z tego, że wtedy jest tylko gorzej. Nie pozwalają mi przetrwać pierwszych dni żałoby po swojemu. Wiem, ze mam wielkie szczęście, bo mam wspaniałych przyjaciół, ale oni chyba nie zdają sobie sprawy z tego, że zamieniłbym ich wszystkich za jeszcze kilka chwil z nią. Nie potrzebuję opieki, bo nie zamierzam robić głupstw. Mam, dla kogo żyć. Nieprzyjemny chłód kaplicy cmentarnej nie pozwala mi odlecieć zupełnie, boli mnie kręgosłup od siedzenia w twardej, drewnianej ławie, mieszanka palonych świec i specyficzny zapach martwego ciała przyprawia mnie o ból głowy. Wzdycham cicho i chowam twarz w dłoniach. Nie wiem nawet, co ja tutaj robię, po co tutaj siedzę, przecież to tylko ciało. Jej już nie ma i nie będzie. Czas stanął w miejscu, w złym miejscu i dla niewłaściwej osoby. Cały ten zamęt z przygotowywaniem pogrzebu minie, a do mnie dociera, że zostanę sam z swoimi nawykami, że nie usłyszę już jej śmiechu ani głosu przez telefon na długim zgrupowaniu. Wiem teraz, co znaczy strata. Tak wielu rzeczy nie zdążyliśmy wspólnie przeżyć, nie wszystko sobie powiedzieliśmy. Mam poczucie winy, że żyję, a ona nie. Co ja teraz czuję? Z jednej strony rozpacz. Boli, tak przeszywająco boli. Z drugiej strony ulgę, że koszmar umierania już się skończył, że ona już nie cierpi. Wiem też, że gorzej już nie będzie. Jedyną rzeczą, którą staram się w miarę ogarnąć to reakcje moich dzieci. Niczego przed nimi nie udaję, bo one i tak wiedzą, że jest źle. Nie pozwalam w żaden sposób się stępić, faszerować lekami uspokajającymi, choć chwilami mam ochotę się upić, upić do nieprzytomności i zapomnieć na choćby chwilę. 

Paraliżuje mnie strach, gdy przychodzi pora zamknięcia trumny. Pozwalam jej najbliżej rodzinie pożegnać się w pierwszej kolejności. Podchodzę sam, nie chcę niczyjej ręki na ramieniu, ani głupiej pocieszającej gadki.  Głaszczę jej zimny policzek, całuję ostatni raz w czoło, zamykam wieko i po prostu wychodzę. Nie mogę patrzeć jak pracownicy domu pogrzebowego zamykają trumnę na stałe. Różnica temperatur uderza we mnie tak mocno, aż tracę oddech. Słońce razi mnie niemiłosiernie, zakładam ciemne okulary, aby zakryć zaczerwienione i opuchnięte z braku snu oczy. Nie założyłem szkieł kontaktowych, ani okularów korekcyjnych. Wyszedłem z założenia, że im mniej widzę tym lepiej. Siadam na schodach kaplicy i zatykam rękami uszy. Mam dość słuchania szlochów i żałobnych modlitw. Prościej by było jakby mi ktoś odebrał na ten czas wszystkie zmysły. Nie wiem jak przetrwam ten dzień. Wzdrygam się, gdy małe rączki obejmują moją szyję, dopiero po zapachu rozpoznaję swojego synka. Nie pozwoliłem zabrać go na czuwanie, bo chcę żeby zapamiętał swoją mamę żywą i ciepłą, a nie tylko nieruchome ciało.
- Tatusiu! Ciocia mówiła, że zapomniałeś okularów. Przyniosłem ci – cholernie drażni mnie to, że wszyscy usiłują myśleć za mnie. Biorę jednak z wyciągniętej rączki Miłosz etui dziękując mu całusem w policzek. Mały cały czas tuli się do mnie nie bacząc na to, że jest straszny upał i obaj będziemy mokrzy. Nie mam serca go od siebie odsunąć, bo on na swój dziecięcy sposób ciężko przeżywa zaistniałą sytuację.

W kościele jest mnóstwo ludzi, których nie znam, część to bliższa lub dalsza rodzina, a reszta to gapie chcący zobaczyć cudzą udrękę. Okropny upał i ciężki zapach lilii dusi mnie i drażni. Marsz żałobny odbija się od ścian wielkiego, murowanego budynku otaczając mnie nieprzyjemnym dźwiękiem z wszystkich stron. Miłosz, małe przerażone dzieciątko przykleja się do mojego boku jak pijawka. Strużka potu spływa po mojej skroni, aż za kołnierzyk koszuli. Staram się opanować pierwsze symptomy ataku paniki, nie chcę odstawić szopki i wywoływać zamieszania. Mały łapie mnie za rękę i dzięki temu trzymam się resztek rzeczywistości. Niewiele z tej mszy pamiętam, docierały do mnie tylko strzępy słów wypowiadanych przez księdza. Że Bóg wie, co robi, że ta śmierć miała swój cel. Zupełnie nie wiem, jaki niby ten cel, prychnąłem tylko słysząc te bzdury. Że bohaterka, że poświęciła się dla dziecka, że osierociła troje, że zbolały mąż, że cierpiąca rodzina. Miałem nadzieję, że szybko skończy, bo byłem na granicy wywołania skandalu. „Ofiarujcie swoje cierpienie Bogu, a będzie Wam lżej…”, żeby to było takie proste to wiele bym oddał za ulgę.
Gdy wreszcie docieramy na cmentarz jestem cały mokry. Biała koszula klei mi się do pleców. Najbliższa rodzina i wszyscy znajomi zgodnie z jej życzeniem ubrani są na biało, bo ona lubiła biel, bo chciała trochę ożywić ten moment, bo ona taka była, taka inna i za to właśnie ja uwielbiałem. Była zawsze takim moim drogowskazem, nie wiem czy bez niej nie zbłądzę. Przez te lata zbyt mocno się od niej uzależniłem. Te wszystkie obrzędy pogrzebowe wzmagają tylko cierpienie. Prochem jesteś i w proch się obrócisz, najgorsza chwila mojego dotychczasowego życia. Odgłos drewna uderzającego o brzegi wykopanego w ziemi dołka przeraża mnie. Róbcie to delikatniej, przecież ona tam jest i to ją na pewno boli! Pierwsza grudka ziemi spadająca na wieko trumny z moje ręki i kolejne, kolejne…, już nie widać krzyża i bukietu stokrotek z szarfą: „Najukochańszej Żonie i Mamie – Mąż i Dzieci”
Łopata pełna piachu, jedna za drugą, głuchy odgłos ziemi uderzającej w trumnę jest coraz cichszy, aż wreszcie znika całkiem. Miłosz wybucha głośnym szlochem wołając mamę. Tulę go mocno do siebie, klepiąc po pleckach, ale on rozczula się coraz bardziej. Ktoś podchodzi żeby go zabrać, przytulam go mocniej do piersi.
- Zbyszek puść. Zabiorę go do domu. On ma już dość – pozwalam siostrze to zrobić, siłą ściągając jego rączki oplecione wokół mojej szyi. Było mi łatwiej, gdy był, teraz odczucie pustki jeszcze się spotęgowało. Przyjmuję mnóstwo kondolencji, nawet nie wiem, od kogo i po co. Ktoś bezczelnie robi zdjęcia nie siląc się nawet na wyłączenie flesza. Cierpienie jest dla tych ludzi lepszą pożywką niż sielanka. Nie wiem, może dzięki temu czują się szczęśliwsi.
Coraz mniej osób wokół grobu. Pozostała tylko najbliższa rodzina. Michał próbuje wyciągnąć mnie do domu, gdy zostaje już prawie sam.
- Zibi już czas. Chodź stąd – prosi mnie na wszelkie sposoby.
- Misiek weź Miłosza i Zuzię do siebie. Przyjdę po nich wieczorem, chcę pobyć sam. Muszę się pożegnać. Proszę zrób to dla mnie, daj mi czas.
- Dobra, ale nie siedź tu zbyt długo, bo dzieciaki cię potrzebują, nie rób żadnych głupstw – patrzy na mnie trochę nieufnie, jakby się bał, ze rzeczywiście jestem zdolny do targnięcia się na własne życie.
- Nie martw się. Ja wiem, jakie mam priorytety w tej chwili – odchodzi wręczając mi kluczyki do swojego samochodu.

Zostaję zupełnie sam obok stosu kwiatów, zniczy i jej ciała głęboko pod ziemią. Kucam dotykając delikatnych płatków zmaltretowanych przez prażące słońce. Jeśli te kwiaty maja uczucia to pewnie są w takim samym stanie jak ja.
Nie wiem jak długo tak stoję czekając na jakiś znak, na cokolwiek, co mogłoby dać mi nadzieję na przyszłość. Nic takiego nie ma miejsca, Odchodzę dopiero jak zapada zmierzch, zmęczone mięśnie dają o sobie znać, bark snu i stres wysysa ze mnie resztki sił. Odwracam się jeszcze kilka razy, choć wiem, że i tak jutro tutaj przyjdę, nie chcę żeby była tutaj sama.
Wiem, że ona nie życzy sobie żeby cierpiały nasze dzieci, żebym cierpiał ja. Wręcz przeciwnie. Rzeka życia płynie dalej, a my próbujemy utrzymać się w jej nurcie ze wszystkim, co nas otacza. Z miłością, gniewem, wdzięcznością, życiem i śmiercią. Pewnie nie raz jeszcze pójdę na dno, żeby potem wynurzyć się po życiodajne powietrze, nie raz wpadnę w niespodziewany wir, ale mam nadzieję, że dam radę przetrwać to, co mnie czeka. Jestem wdzięczny za wszystko, co dobrego od niej dostałem i mam nadzieję, że kiedyś pogodzę się z jej śmiercią…

- Nigdy się nie pogodziłem – otwieram oczy i wpatruję się w nią intensywnie
- Zbyszku nawet nie wiemy, czy bylibyśmy razem, czy nasze małżeństwo by przetrwało.
- Wolałbym sam się o tym przekonać, a nie dostać cztery prawe proste i paść na deski w pierwszej rundzie.
- To był tylko nokdaun. Wstałeś i walczyłeś dalej. Mam jednak do ciebie pretensje, bo nie spełniłeś mojego ostatniego życzenia. Korzystałeś potem z życia, pieniędzy, sławy i urody, ale nigdy nie ułożyłeś sobie życia z inną kobietą.
- Nie chciałem ryzykować, choć Igła wiódł prym w próbach swatania mnie – uśmiecham się na samą myśl o jego niezbyt dyskretnych działaniach.
- Tak! Krzysiek i jego pouczające gadki.
- Przeprowadziłem z nim wiele trudnych rozmów. Jedna szczególnie zapadła mi w pamięć, 3 lata po twojej śmierci, kilka dni przed pożegnalnym benefisem na zakończenie jego kariery…

Przepraszam za to wyżej, że takie smutne…
Dziękuję moje kochane za wszystkie komentarze, szczególnie tym z Was, które są ze mną od początku i tym, które przyszły później, a także tym, które były, a nie zostały, czego żałuję i co mnie boli. Nie spodziewałam się, że zechcecie to czytać. Dziękuję za ponad 4 tyś wejść. Mam nadzieję, że ujawnią się ci, którzy tylko czytają, bo każdy komentarz to super motywacja do dalszej pracy!

niedziela, 30 czerwca 2013

MIŁOŚĆ NIE WYRAŻA SIĘ W PRAGNIENIU UPRAWIANIA SEKSU, ALE PRAGNIENIU WSPÓLNEGO SNU



WSPOMNIENIE CZWARTE


Kiedy znajdziemy się na zakręcie,
co z nami będzie?
Świat rozpędzi się niebezpiecznie,
co z nami będzie?
nawet jeśli życie dawno zna odpowiedź,
może lepiej gdy nam teraz nic nie powie.

ZBYSZEK

- Monia, bo mnie udusisz!
- Wiercisz się jak kotka w rui! – narzeczona przyjaciela usiłuje okiełznać mój ślubny krawat robiąc przy tym więcej szkody niż dobrego.
- W rui może, ale raczej tygrys – wbrew wszystkiemu humor mi dopisuje, chociaż chcę już tą całą uroczystość mieć za sobą.
- Tak Zbyszku, tak słódź sobie dalej. Stój prosto, nie garb się przed ołtarzem, nie chichocz. Po tobie można się wszystkiego spodziewać - Monika jest bardziej przejęta niż ja sam.
- Uspokój się! To ja się żenię, a nie ty. Będziesz Miśka tak strofować jak będziecie brać ślub. Ja wiem, co robię! -  nie lubię jak mnie ktoś traktuje jak wioskowego głupka. Tylko tego brakuje żeby mi ciśnienie podniosła wariatka jedna – Wychodzę!
- Gdzie leziesz? Chyba nie uciekniesz sprzed ołtarza? Zibi wracaj! Gośka mnie zabije. Poczekaj! – doprowadziłem biedną dziewczynę do płaczu, ale w sumie się jej należało.
- Spokojnie Monia. Idę do Gosi, żeby ona nie zawinęła kiecy i nie zwiała – trzasnąłem drzwiami na pożegnanie żeby czasem nie przyszło jej do głowy mnie zatrzymywać.


Stoję w pokoju mojej żony, którą poślubię dzisiaj drugi raz. Wygląda olśniewająco w kremowej, długiej, koronkowej sukience. We włosy wpięte ma świeże kwiaty. Prezentuje się pięknie i niewinnie, jak prawdziwa panna młoda tylko, że nie w bieli.
- Ślicznie wyglądasz – Gosia podskakuje przerażona, gdy łapię ją z tyłu za ramiona.
- Zbyszek zamorduję cię w dzień ślubu! Nie strasz mnie więcej – kładzie nogę na wysokim krześle żeby poprawić pończochy i podwiązkę. Kładę rękę na jej kolanie i sunę dłonią tuż za jej ręką, aż po koronkowe zakończenie pończoch. Usiłuje obciągnąć sukienkę, ale nie pozwalam jej na to. Kładę palce na nagą, gładką skórę pod paskiem do pończoch.
- Przestań! Co ty wyprawiasz? – śmieje się oganiając się ode mnie jak od natrętnej muchy.
- No, co skarbie. Ostatni grzeszny seksik? Jutro już będziemy się kochać, jako pobłogosławione małżeństwo.
- Popsujesz mi fryzurę i pognieciesz sukienkę! Weź tą łapę! – nie bardzo przejmuję się jej protestami, bo wcale nie ściąga nogi z krzesła.
- Będę bardzo ostrożny – szepczę przygryzając płatek jej ucha, jednocześnie pieszcząc ją przez materiał majtek – Nic nie zniszczę.
- Zbyszek przestań – odchyla głowę i wtula się plecami we mnie. Język mówi jedno, ale ciało zupełnie coś innego. Kręci zachęcająco pupą, przyprawiając mnie o mocniejsze bicie serca.

Pukanie do drzwi sprawia, że odskakujemy od siebie jak poparzeni. Sekundę później do pokoju wpada zziajany Kubiak, obrzuca nas dziwnym spojrzeniem i uśmiecha się pod nosem. Domyślił się, co tu się działo, bo oboje wyglądamy jak dzieci twierdzące, że ulubiony serwis mamy stłukła nasza pluszowa przytulanka. Oboje ciężko oddychamy i nerwowo poprawiamy swoje odzienie.
- Chodźcie, bo spóźnicie się na własny ślub, bo wam amory w głowie.
Czynimy ostatnie poprawki, próbujemy opanować oddech i zamaskować rumiane policzki.
- Przypomnij mi Zbyszek, po co my to w ogóle robimy? Przecież jesteśmy już małżeństwem. Po co nam ta cała szopka?
- Dla naszych rodziców Gosieńko! – łapię ją za rękę i ruszamy w kierunku samochodu.
- Taaaaak szczególnie dla twojej mamusi. Ona to by mnie wysłała w kosmos, bez biletu powrotnego.
- Spokojnie moja mała złośnico,. Moja matka nie mu to nic do powiedzenia – przytulam ją do siebie całując mocno w usta. Napięcie między nami rośnie. Nie wiem jak my przetrwamy to całe wesele.
- Myślę mój drogi, że urwiemy się na noc poślubną wcześnie niż wszyscy się spodziewają – potakuję jej z ogromnym entuzjazmem, nie mogąc jednak wydobyć z siebie słowa, bo w tej chwili jej język mi w tym przeszkadza.


GOSIA
- Ja Małgorzata biorę sobie ciebie Zbigniewie za męża… - byłam totalnie zestresowana ślubując mu miłość, wierność i uczciwość małżeńską, choć wydawało mi się, że nic mnie rusza, Wzruszyłam się bardziej niż moja mama i siostra razem wzięte.
- Żono przyjmij tę obrączkę… - nie byłam przekonana do ślubu kościelnego, ale teraz uświadamiam sobie, że nie ważne, co będzie później, co będzie za kilka lat. W tej chwili liczy się tylko to, że naprawdę kocham tego dziwnego i szalonego mężczyznę. Przyzwyczaiłam się, że traktowałam go jak dzieciaka, a teraz stoi przede mną prawdziwy facet. Zmienił się przez te kilka lat, zmężniał.

Wesele jak każde inne, typowo polskie. Zabawa była przednia, obcokrajowcy byli zachwyceni, a my mieliśmy ochotę opuścić ten przybytek jak najszybciej. W akompaniamencie śmiechów, przyśpiewek i życzeń spłodzenia potomka, około drugiej oddaliśmy rządy w ręce naszych świadków i pojechaliśmy do domu skonsumować to małżeństwo.
Czułam się niczym dziewica, gdy w samochodzie zerkaliśmy na siebie z tajemniczymi uśmiechami. Nie było między nami grama nieśmiałości ani fałszywej skromności. Znamy się doskonale, także swoją fizyczność i seksualność. Dzisiaj jest inaczej niż zwykle, jakby podniosłość tej całej uroczystości udzieliła się i nam obojgu. Nigdzie nam się nie spieszyło, powoli wchodziliśmy po schodach do naszego mieszkania.
- Wiesz Gosiu, że nie ma w nas za grosz romantyzmu. Chcę jednak żeby dzisiaj było inaczej – Zbyszek przerwał ciszę, jaka panowała między nami od momentu wyjścia z lokalu jak otwierał drzwi naszego mieszkania. Jak tylko weszłam do korytarza poczułam subtelny zapach róż, ogień trzaskał w kominku, a wokół paliły się świece. Byłam szczerze zaskoczona, bo do tej pory byliśmy raczej spontaniczni i niczego nie planowaliśmy.
- To jest piękne! Dziękuje kochanie! – całowaliśmy się z żarłoczną namiętnością, ale i z czułością. Seks był dla nas zawsze bardzo ważny i zajmował wyjątkowe miejsce w naszym życiu. Był zawsze źródłem satysfakcji i przyjemności nie tylko fizycznej. Czerpaliśmy ogromną przyjemność ze swojej bliskości i najintymniejszego wyrażania naszego związku, miłości i emocjonalno-duchowej jedności.
Rozluźniająca i odprężająca wspólna kąpiel w wielkiej wannie w naszej łazience pachnącej liliami zmywa z nas zmęczenie i wprowadza w nas chęć na romantyczny, powolny seks. Świeczki i przyciemnione światło w salonie tworzy przyjemną atmosferę. Powoli zrzucamy z siebie ręczniki. Spokojne spojrzenia w oczy, bez skrępowania i wstydu, pełne pożądania i miłości.

- Kocham cię Gosiu – czuję to samo i wiem, ze jemu na mnie zależy. Mówię mu jak bardzo go pragnę i jak dużą przyjemność sprawia mi jego dotyk. Namiętne pocałunki podkręcają atmosferę, pozwalając nam skoncentrować się na sobie.
Subtelny dotyk, wszędobylskie, łapczywe usta. Nawet najbardziej odważne gesty i pieszczoty nie mają w sobie grama wyuzdania i perwersji, gdy robi się to z osobą, której ufa się bezgranicznie i kocha najbardziej na świecie.
Przyspieszony oddech, ciche jęki, gdy usta obejmują twardy sutek, a ręka zaciska się wokół nabrzmiałej męskości. To są odgłosy, które nas otaczają. Gdy jego usta suną po moim ciele mam wrażenie, że w ekstazie opuszczam swoje ciało. Nie liczy się nic oprócz jego warg, słodszych niż najwspanialsze nektary świata. Nasze nagie ciała ocierają się o siebie będąc dla siebie stworzonymi. Pomimo różnic pasujemy do siebie pod każdym względem. Powolne ruchy bioder, jego zielone oczy z rozszerzonymi źrenicami utkwione w mojej twarzy, rozkosznie rozchylone i opuchnięte od pocałunków usta sprawiają, ze dochodzę na szczyt szybciej niż bym chciała.  To właśnie on, jako jedyny mężczyzna w moim życiu, do tego stopnia przejął kontrolę nad moim ciałem i umysłem, że nie mam ochoty opuszczać jego ramion. Jęk jego ekstazy, drżenie jego ciała to dla mnie najwspanialsza poezja, najbardziej podniecający erotyk, może nico wyuzdany, ale mój. Jego ciało naznaczone moim zapachem, moimi ustami i oplecione teraz moimi ramionami i udami to wszystko, co zaprząta moją głowę w tej chwili. Słodki bezruch po obezwładniającym orgazmie, nasze splecione dłonie, rozluźnione ciała - uwielbiam takie chwile szczególnie teraz, kiedy wiem, że nikt nam tego nie przerwie, bo jesteśmy całkowicie odcięci od świata. Czując jego gorący oddech na szyi i dłoń gładząca wilgotną skórę nabieram ochoty na więcej. Cały ten akt to nie tylko zaspokojenie żądzy, rozładowanie napięcia, ale prawdziwe oddanie ukochanemu nie tylko ciała, ale i duszy. Nie wiem czy będziemy razem przez całe życie, nie wiem czy będziemy się kochać, czy będziemy sobie wierni do śmierci. Wiem jednak, że w tej chwili oboje chcemy tej przysięgi dochować. Ja złożonej przed Bogiem, on przed ludźmi i samym sobą…




- To zawsze było coś więcej niż seks, od pierwszego razu – jej głos wyrywa mnie z krainy marzeń. Jej wspomnienia były tak plastyczne, że znów poczułem się młody i szczęśliwy, najszczęśliwszy na świecie.
- Było! Było, ale bardzo krótko. Obiecywałaś mi, że się razem zestarzejemy. Pamiętasz jak śmiałaś się, że razem będziemy przeżywać twoje siwienie i moje łysienie. Mieliśmy wspólnie wychowywać dzieci i cieszyć się wnukami. I co?  Zostawiłaś mnie! – przemawia przeze mnie ogromny żal. Sam nie wiem, do kogo, bo przecież to nie jej wina.
- Wiesz, że nie chciałam cię zostawić. Najzabawniejsze jest jednak to, że ja zdążyła osiwieć, a no cóż ty nadmiarem włosów nie grzeszyłeś. Tej części obietnicy dochowałam. – wcale mnie nie bawi jej żart, bo nie podoba mi się to, że całe nasze życie skróciliśmy do ośmiu lat.
- Nie chciałaś, ale odeszłaś, bez możliwości powrotu, ale twoja śmierć nie jest moim najgorszym wspomnienie. Już wiesz, co mi chodzi po głowie prawda?
- Zbyszek nie! Sam dodajesz sobie bólu, wzmagasz cierpienie i rozdrapujesz rany wyciągając z zakamarków pamięci akurat te wspomnienia.
- Nie umiem inaczej kochanie – łzy płyną po moich policzkach jak słyszę już w moje głowie monotonnie odmawiany różaniec. Czuję chłód ciemnej kaplicy i ten zapach, który towarzyszył mi przez wiele lat…