WSPOMNIENIE PIĄTE
Życie jest
szansą, schwyć ją.
Życie jest pięknem, podziwiaj je.
Życie jest radością, próbuj ją.
Życie jest snem, uczyń je prawdą.
Życie jest wyzwaniem, zmierz się z nim.
Życie jest obowiązkiem, wypełnij go.
Życie jest grą, zagraj w nią.
Życie jest cenne, doceń je.
Życie jest bogactwem, strzeż go.
Życie jest miłością, ciesz się nią.
Życie jest tajemnicą, odkryj ją.
Życie jest obietnicą, spełnij ją.
Życie jest smutkiem, pokonaj go.
Życie jest hymnem, wyśpiewaj go.
Życie jest walką, podejmij ją.
Życie jest tragedią, pojmij ją.
Życie jest przygodą, rzuć się w nią.
Życie jest szczęściem, zasłuż na nie.
Życie jest życiem, obroń je.
Życie jest pięknem, podziwiaj je.
Życie jest radością, próbuj ją.
Życie jest snem, uczyń je prawdą.
Życie jest wyzwaniem, zmierz się z nim.
Życie jest obowiązkiem, wypełnij go.
Życie jest grą, zagraj w nią.
Życie jest cenne, doceń je.
Życie jest bogactwem, strzeż go.
Życie jest miłością, ciesz się nią.
Życie jest tajemnicą, odkryj ją.
Życie jest obietnicą, spełnij ją.
Życie jest smutkiem, pokonaj go.
Życie jest hymnem, wyśpiewaj go.
Życie jest walką, podejmij ją.
Życie jest tragedią, pojmij ją.
Życie jest przygodą, rzuć się w nią.
Życie jest szczęściem, zasłuż na nie.
Życie jest życiem, obroń je.
Jasna, dębowa trumna na katafalku w
zimnej, wilgotnej kaplicy przyciąga mój wzrok, choć wcale nie mam ochoty patrzeć
w jej kierunku. Uchylone wieko kusi żeby zaglądać, choć wiem, co tam zobaczę.
Jej blade, zimne ciało ubrane w najlepszą sukienkę. Niby wygląda jak ona, jakby
spała, tylko, że jej zamknięte oczy pozostają nieruchome, a klatka piersiowa
nie unosi się. Minęło już pięć dni od jej śmierci, a ja ciągle nie wierzę, nie
dopuszczam do siebie myśli, że dziś rozpoczyna się ostatnie pożegnanie mojej
żony. Teraz jeszcze w otoczeniu
najbliżej rodziny i przyjaciół. Ktoś szlocha, pociąga nosem, a ja nie jestem
wstanie nawet mrugnąć powieką. Siedzę w pierwszej ławce, sam. Od dnia jej
śmierci nie pozwalam się nikomu do siebie zbliżyć oprócz dzieci. Nie oczekuję pocieszenia,
bo takie nie istnieje, nie chcę współczucia, bo to wcale nie pomaga, a mnie
wręcz denerwuje. Chciałbym płakać, uzewnętrznić wszystko, co czuję, ale coś mi
na to nie pozwala. Żyję jakby obok tego wszystkiego, nie wybierałem trumny było
mi wszystko jedno. Nie wiem, kto to zrobił, chyba mój ojciec, który właściwie
zajął się tym całym cyrkiem. Jedyną decyzją, jaką podjąłem sam, to miejsce
pochówku. Teściowie chcieli pogrzebu w ich miejscowości, bo jestem młody, ułożę
sobie kiedyś życie, a tam będzie miał, kto zająć się grobem. Pierwszy raz
miałem ochotę uderzyć kobietę, choć bardzo lubię i szanuję swoją teściową. Powiedziałem
tylko, że to moja żona i oni nie mają w tej gestii nic do powiedzenia. Wstaję
rano tylko dla dzieci, jem, bo ktoś mi karze. Przeleżałbym całe dnie, ale ktoś
ciągle próbuje wyciągnąć mnie z dołka nie zdając sobie sprawy z tego, że wtedy
jest tylko gorzej. Nie pozwalają mi przetrwać pierwszych dni żałoby po swojemu.
Wiem, ze mam wielkie szczęście, bo mam wspaniałych przyjaciół, ale oni chyba
nie zdają sobie sprawy z tego, że zamieniłbym ich wszystkich za jeszcze kilka
chwil z nią. Nie potrzebuję opieki, bo nie zamierzam robić głupstw. Mam, dla
kogo żyć. Nieprzyjemny chłód kaplicy cmentarnej nie pozwala mi odlecieć
zupełnie, boli mnie kręgosłup od siedzenia w twardej, drewnianej ławie, mieszanka
palonych świec i specyficzny zapach martwego ciała przyprawia mnie o ból głowy.
Wzdycham cicho i chowam twarz w dłoniach. Nie wiem nawet, co ja tutaj robię, po
co tutaj siedzę, przecież to tylko ciało. Jej już nie ma i nie będzie. Czas
stanął w miejscu, w złym miejscu i dla niewłaściwej osoby. Cały ten zamęt z
przygotowywaniem pogrzebu minie, a do mnie dociera, że zostanę sam z swoimi
nawykami, że nie usłyszę już jej śmiechu ani głosu przez telefon na długim
zgrupowaniu. Wiem teraz, co znaczy strata. Tak wielu rzeczy nie zdążyliśmy wspólnie
przeżyć, nie wszystko sobie powiedzieliśmy. Mam poczucie winy, że żyję, a ona
nie. Co ja teraz czuję? Z jednej strony rozpacz. Boli, tak przeszywająco boli.
Z drugiej strony ulgę, że koszmar umierania już się skończył, że ona już nie
cierpi. Wiem też, że gorzej już nie będzie. Jedyną rzeczą, którą staram się w
miarę ogarnąć to reakcje moich dzieci. Niczego przed nimi nie udaję, bo one i
tak wiedzą, że jest źle. Nie pozwalam w żaden sposób się stępić, faszerować
lekami uspokajającymi, choć chwilami mam ochotę się upić, upić do
nieprzytomności i zapomnieć na choćby chwilę.
Paraliżuje mnie strach, gdy
przychodzi pora zamknięcia trumny. Pozwalam jej najbliżej rodzinie pożegnać się
w pierwszej kolejności. Podchodzę sam, nie chcę niczyjej ręki na ramieniu, ani
głupiej pocieszającej gadki. Głaszczę
jej zimny policzek, całuję ostatni raz w czoło, zamykam wieko i po prostu wychodzę.
Nie mogę patrzeć jak pracownicy domu pogrzebowego zamykają trumnę na stałe.
Różnica temperatur uderza we mnie tak mocno, aż tracę oddech. Słońce razi mnie
niemiłosiernie, zakładam ciemne okulary, aby zakryć zaczerwienione i opuchnięte
z braku snu oczy. Nie założyłem szkieł kontaktowych, ani okularów korekcyjnych.
Wyszedłem z założenia, że im mniej widzę tym lepiej. Siadam na schodach kaplicy
i zatykam rękami uszy. Mam dość słuchania szlochów i żałobnych modlitw.
Prościej by było jakby mi ktoś odebrał na ten czas wszystkie zmysły. Nie wiem
jak przetrwam ten dzień. Wzdrygam się, gdy małe rączki obejmują moją szyję,
dopiero po zapachu rozpoznaję swojego synka. Nie pozwoliłem zabrać go na czuwanie,
bo chcę żeby zapamiętał swoją mamę żywą i ciepłą, a nie tylko nieruchome ciało.
- Tatusiu! Ciocia mówiła, że
zapomniałeś okularów. Przyniosłem ci – cholernie drażni mnie to, że wszyscy
usiłują myśleć za mnie. Biorę jednak z wyciągniętej rączki Miłosz etui
dziękując mu całusem w policzek. Mały cały czas tuli się do mnie nie bacząc na
to, że jest straszny upał i obaj będziemy mokrzy. Nie mam serca go od siebie
odsunąć, bo on na swój dziecięcy sposób ciężko przeżywa zaistniałą sytuację.
W kościele jest mnóstwo ludzi,
których nie znam, część to bliższa lub dalsza rodzina, a reszta to gapie chcący
zobaczyć cudzą udrękę. Okropny upał i ciężki zapach lilii dusi mnie i drażni.
Marsz żałobny odbija się od ścian wielkiego, murowanego budynku otaczając mnie
nieprzyjemnym dźwiękiem z wszystkich stron. Miłosz, małe przerażone dzieciątko
przykleja się do mojego boku jak pijawka. Strużka potu spływa po mojej skroni,
aż za kołnierzyk koszuli. Staram się opanować pierwsze symptomy ataku paniki,
nie chcę odstawić szopki i wywoływać zamieszania. Mały łapie mnie za rękę i
dzięki temu trzymam się resztek rzeczywistości. Niewiele z tej mszy pamiętam,
docierały do mnie tylko strzępy słów wypowiadanych przez księdza. Że Bóg wie,
co robi, że ta śmierć miała swój cel. Zupełnie nie wiem, jaki niby ten cel,
prychnąłem tylko słysząc te bzdury. Że bohaterka, że poświęciła się dla
dziecka, że osierociła troje, że zbolały mąż, że cierpiąca rodzina. Miałem
nadzieję, że szybko skończy, bo byłem na granicy wywołania skandalu. „Ofiarujcie
swoje cierpienie Bogu, a będzie Wam lżej…”, żeby to było takie proste to wiele
bym oddał za ulgę.
Gdy wreszcie docieramy na cmentarz
jestem cały mokry. Biała koszula klei mi się do pleców. Najbliższa rodzina i
wszyscy znajomi zgodnie z jej życzeniem ubrani są na biało, bo ona lubiła biel,
bo chciała trochę ożywić ten moment, bo ona taka była, taka inna i za to
właśnie ja uwielbiałem. Była zawsze takim moim drogowskazem, nie wiem czy bez
niej nie zbłądzę. Przez te lata zbyt mocno się od niej uzależniłem. Te
wszystkie obrzędy pogrzebowe wzmagają tylko cierpienie. Prochem jesteś i w
proch się obrócisz, najgorsza chwila mojego dotychczasowego życia. Odgłos
drewna uderzającego o brzegi wykopanego w ziemi dołka przeraża mnie. Róbcie to
delikatniej, przecież ona tam jest i to ją na pewno boli! Pierwsza grudka ziemi
spadająca na wieko trumny z moje ręki i kolejne, kolejne…, już nie widać krzyża
i bukietu stokrotek z szarfą: „Najukochańszej Żonie i Mamie – Mąż i Dzieci”
Łopata pełna piachu, jedna za
drugą, głuchy odgłos ziemi uderzającej w trumnę jest coraz cichszy, aż wreszcie
znika całkiem. Miłosz wybucha głośnym szlochem wołając mamę. Tulę go mocno do
siebie, klepiąc po pleckach, ale on rozczula się coraz bardziej. Ktoś podchodzi
żeby go zabrać, przytulam go mocniej do piersi.
- Zbyszek puść. Zabiorę go do domu.
On ma już dość – pozwalam siostrze to zrobić, siłą ściągając jego rączki
oplecione wokół mojej szyi. Było mi łatwiej, gdy był, teraz odczucie pustki
jeszcze się spotęgowało. Przyjmuję mnóstwo kondolencji, nawet nie wiem, od kogo
i po co. Ktoś bezczelnie robi zdjęcia nie siląc się nawet na wyłączenie flesza.
Cierpienie jest dla tych ludzi lepszą pożywką niż sielanka. Nie wiem, może
dzięki temu czują się szczęśliwsi.
Coraz mniej osób wokół grobu.
Pozostała tylko najbliższa rodzina. Michał próbuje wyciągnąć mnie do domu, gdy
zostaje już prawie sam.
- Zibi już czas. Chodź stąd – prosi
mnie na wszelkie sposoby.
- Misiek weź Miłosza i Zuzię do siebie.
Przyjdę po nich wieczorem, chcę pobyć sam. Muszę się pożegnać. Proszę zrób to
dla mnie, daj mi czas.
- Dobra, ale nie siedź tu zbyt długo,
bo dzieciaki cię potrzebują, nie rób żadnych głupstw – patrzy na mnie trochę
nieufnie, jakby się bał, ze rzeczywiście jestem zdolny do targnięcia się na
własne życie.
- Nie martw się. Ja wiem, jakie mam
priorytety w tej chwili – odchodzi wręczając mi kluczyki do swojego samochodu.
Zostaję zupełnie sam obok stosu
kwiatów, zniczy i jej ciała głęboko pod ziemią. Kucam dotykając delikatnych
płatków zmaltretowanych przez prażące słońce. Jeśli te kwiaty maja uczucia to
pewnie są w takim samym stanie jak ja.
Nie wiem jak długo tak stoję
czekając na jakiś znak, na cokolwiek, co mogłoby dać mi nadzieję na przyszłość.
Nic takiego nie ma miejsca, Odchodzę dopiero jak zapada zmierzch, zmęczone
mięśnie dają o sobie znać, bark snu i stres wysysa ze mnie resztki sił.
Odwracam się jeszcze kilka razy, choć wiem, że i tak jutro tutaj przyjdę, nie
chcę żeby była tutaj sama.
Wiem, że ona nie życzy sobie żeby
cierpiały nasze dzieci, żebym cierpiał ja. Wręcz przeciwnie. Rzeka życia płynie
dalej, a my próbujemy utrzymać się w jej nurcie ze wszystkim, co nas otacza. Z
miłością, gniewem, wdzięcznością, życiem i śmiercią. Pewnie nie raz jeszcze
pójdę na dno, żeby potem wynurzyć się po życiodajne powietrze, nie raz wpadnę w
niespodziewany wir, ale mam nadzieję, że dam radę przetrwać to, co mnie czeka.
Jestem wdzięczny za wszystko, co dobrego od niej dostałem i mam nadzieję, że
kiedyś pogodzę się z jej śmiercią…
- Nigdy się
nie pogodziłem – otwieram oczy i wpatruję się w nią intensywnie
- Zbyszku nawet
nie wiemy, czy bylibyśmy razem, czy nasze małżeństwo by przetrwało.
- Wolałbym
sam się o tym przekonać, a nie dostać cztery prawe proste i paść na deski w
pierwszej rundzie.
- To był
tylko nokdaun. Wstałeś i walczyłeś dalej. Mam jednak do ciebie pretensje, bo
nie spełniłeś mojego ostatniego życzenia. Korzystałeś potem z życia, pieniędzy,
sławy i urody, ale nigdy nie ułożyłeś sobie życia z inną kobietą.
- Nie chciałem
ryzykować, choć Igła wiódł prym w próbach swatania mnie – uśmiecham się na samą
myśl o jego niezbyt dyskretnych działaniach.
- Tak!
Krzysiek i jego pouczające gadki.
-
Przeprowadziłem z nim wiele trudnych rozmów. Jedna szczególnie zapadła mi w
pamięć, 3 lata po twojej śmierci, kilka dni przed pożegnalnym benefisem na
zakończenie jego kariery…
Przepraszam za to wyżej, że takie smutne…
Dziękuję moje kochane za wszystkie komentarze, szczególnie tym
z Was, które są ze mną od początku i tym, które przyszły później, a także tym,
które były, a nie zostały, czego żałuję i co mnie boli. Nie spodziewałam się,
że zechcecie to czytać. Dziękuję za ponad 4 tyś wejść. Mam nadzieję, że ujawnią
się ci, którzy tylko czytają, bo każdy komentarz to super motywacja do dalszej
pracy!