wtorek, 16 lipca 2013

PRZYJACIELE SĄ JAK CICHE ANIOŁY, KTÓRE PODNOSZĄ NAS, GDY NASZE SKRZYDŁA ZAPOMNIAŁY JAK LATAĆ



WSPOMNIENIE SZÓSTE
CZĘŚĆ PIERWSZA


- Ej tam z tyłu!! Spokój! Miłosz jesteś starszy, bądź mądrzejszy.
- Tato, tato kup tableta na uspokojenie – mój kochany synek usiłuje namówić mnie na zakup tego badziewia dokuczając zapiętej w fotelik Zuzi i rzucając papierkami z cukierków w śpiącego w najlepsze Patryka.
- Jak się nie uspokoisz sam, to zamiast tableta będziesz miał przejażdżkę w bagażniku, a do Rzeszowa jeszcze daleko – groźba jest oczywiście bez pokrycia i 8 letni już Miłosz doskonale zdaje sobie z tego sprawę.
 - Tato no! Wszyscy mają, tylko nie ja – jego płaczliwy ton wcale nie robi na mnie wrażenia.
- Kochany dobrze wiesz, że w ten sposób niczego na mnie nie wymusisz. Umówiliśmy się na coś, prawda? Ja zdania nie zmienię. Koniec dyskusji!
Dalsze dwie godziny jazdy z całym moim przychówkiem minęło bez większych przygód. Nie obyło się oczywiście bez dziesięciu postojów, bo komuś chciało się pić, sikać albo wymiotować. Pod koniec, już w obrzeżach Rzeszowa Patrykowi włączył się tryb najwyższej głośności. Wrzeszczał jakby go ktoś obdzierał ze skóry. Miłosz śmiał się do rozpuku, a Zuza majstrowała namiętnie przy zapięciu fotelika, bo nagle stwierdziła, że jest już zbyt duża na takie wiązanie. Życie samotnego ojca zdecydowanie nie jest usłane różami.
- Tato, a będę mogła pobawić się szminkami cioci Iwonki? – córcia już snuje wielkie plany na najbliższe dni.
- O nie, nie! Wyglądałyście z Domi ostatnio jak dwaj klauni – śmieję się na samo wspomnienie – Zresztą ciocia wam na pewno nie pozwoli.
- Nie lubię cię tatusiu – mała zaplata rączki na klatce piersiowej i obrażona wydyma dolną wargę.
- Tak, tak księżniczko. Zgłodniejesz  to tatusia polubisz.
- Tato siku – po raz setny słyszę ten znudzony głosik.
- Miłosz daj spokój. Wytrzymaj jeszcze parę minut, zaraz dojedziemy. Nie zatrzymam ci się w środku miasta – no i następny śmiertelnie się obraził, obracając głowę do szyby. Dzięki za błogą ciszę choć przez chwilę, bo zmęczony płaczem Patryk też dał sobie na wstrzymanie. Gdy dojeżdżamy pod dom Ignaczaków jestem bardziej zmęczony  niż po 4 godzinach treningu siłowego.
- Ściągnąć chmurki moje słoneczka i wysiadka. Jesteśmy na miejscu – wyciągam z fotelika rozespanego i niezadowolonego Patryka, a Miłosz pomaga siostrze  wyswobodzić się z więzów. Chwilę później oboje wiszą na szyi Krzyśka przekrzykując się wzajemnie.
Igła z dużą cierpliwością słuchał opowieści dzieciaków z całej podróży, począwszy od wylotu z lotniska w Ankarze.
- Chodzicie do domu, bo widzę, że wasz tata ledwo na nogach stoi – libero szybko zauważa, że mam dość i z chęcią bym troszkę odpoczął. Moja najmłodsza latorośl jest nieco zawstydzona i nie wychyla główki z zagłębienia mojej szyi.
- No już synek. Nie udaj takiego nieśmiałego. Przywitaj się z wujkiem – mały jeszcze mocniej wtula się we mnie – Nic z tego nie będzie jednak.

Gdy już ładujemy się do domu z tobołkami to mam dość. Dochodzi, 22 gdy wreszcie udaje nam się zagonić dzieci do łóżek. Właściwie to dopiero interwencja Iwonki pomaga. Patryk przez cały czas nie odstępuje mnie na milimetr.
- Co on taki marudny? Przecież ciebie często nie ma i musi sobie radzić bez twoich ramion – Iwona czochra go po głowie, ale zero reakcji z jego strony. Śpi już w najlepsze.
- Czuje się niepewnie, bo niedowidzi, a te okulary nie są zbyt wygodne dla 3 latka. W domu wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni, że niczego nie przestawiamy i on sobie radzi bez nich – całuję śpiącego chłopca w główkę i kładę go do łóżka – Przyzwyczai się, a jutro będzie go wszędzie pełno.
- Mówiłeś coś o operacji ostatnio?
- Jak będzie starszy. Na razie zbyt szybko rośnie tak on jak i gałki oczne. Na razie jest skazany na te denka od słoika. Odziedziczył po mnie wadę wzroku, a wcześniactwo tylko to pogłębiło – Iwonka żegna się z nami szybko i tłumacząc się rannym wstawaniem idzie spać.
- Jak tam życie w Turcji Zbyszku? Widzę, że nic się nie zmieniło, co rok jesteś gdzie indziej – Krzysiek poklepuje mnie przyjacielsko po ramieniu – Tylko jak dzieci znoszą te wędrówki?
- Obycie z obcymi językami i kulturami im nie zaszkodzi. Miłosz nauczył się włoskiego, Zuzka też coś złapała. Na źle im to nie wyjdzie. Poza tym od tego sezonu wracam do Polski.
- Naprawdę? – oczy Igły przypominają spodki – Gdzie? Czemu ja o tym nie wiem?
- Najkonkretniejszą propozycję mam z Politechniki Warszawskiej i kilka innych mniej zaawansowanych.  Chciałbym żeby Miłosz posmakował polskiego systemu edukacji. Boję się, że kiedyś napisze mi słowo „róża” z dwoma ortografami. – troszkę ciężko mi to wszystko ogarnąć, a dzieciaki im starsze tym ma więcej na głowie.
- Czemu w ogóle wyjechałeś? – przyjaciel wpatruje się we mnie z żalem w oczach – Uciekłeś przed nami, a nikt tu wrogiem ci nie był – wiedziałem, ze to pytanie kiedyś się pojawi, a Krzysiek byle wymówką się nie zadowoli.
- Nie dawałem rady. Tutaj wszyscy patrzyli na mnie jak na okaz w muzeum, chodzili na paluszkach, żeby czasem mnie nie urazić. Dusiłem się. W Modenie byłem bardziej anonimowy – taka właśnie była prawda. Może i uciekłem, ale z dala od świeżych wspomnień czułem się lepiej. Nikt mnie nie kontrolował i nie próbował narzucić swojego sposobu przeżywania żałoby. Daliśmy sobie radę we czwórkę i teraz jest już względnie.
- Martwiliśmy się o ciebie. Wybudowałeś ogromny mur i rzadko pozwalasz go obejść – mina Krzysia nie wróży nic dobrego i obawiam się, że mi nie odpuści i wymagluje mnie na wszystkie strony.
- Chciałem sobie dać czas, a wy mnie osaczyliście. Z jednej strony byliście przy mnie, a drugiej nikt nie chciał ze mną o niej porozmawiać, a ja tego potrzebowałam. To unikanie rozmowy mnie przerażało, gdy o niej wspominałem zmienialiście temat, a mnie dusił nadmiar tłumionych uczuć. Nie zrozum mnie źle, kocham was i jestem wdzięczny za wszystko, ale wtedy mnie to przerosło - ciężko przyszło mi to wyznanie, nie chciałem urazić przyjaciela, bo wiem, ze wszyscy chcieli dla mnie dobrze. Tylko, że na siłę chcieli wymazać z mojej pamięci jej obraz. To nie jest takie proste.
- Nie wiedziałem, że tak to odbierasz.  W sumie mogło mi przyjść do głowy, że jesteś otwartym człowiekiem i lepiej z tobą rozmawiać.
- Było minęło Krzysiu. Wam też nie było lekko – chciałem zakończyć wreszcie ten temat, bo zrobiłem mu przykrość mówiąc po latach jak to wyglądało z mojej perspektywy – Wiesz, co? Może dokończymy to jutro? Jestem zmęczony, nie spałem od wczoraj. Lot z tą trójką nie był przyjemnością. Obawiałem się, że ktoś straci cierpliwość i wyrzucą mnie z samolotu bez spadochronu, lub zrobią sobie międzylądowanie i skończę jak Jan Rokita.
- Nie myśl, że ci odpuszczę. Jeszcze na kilka pytań musisz mi odpowiedzieć – kręcę tylko głową z politowaniem, bo Igła jak to Igła z wiekiem wcale się nie zmienia.
- Tylko mi nie mów, że znowu chcesz mnie swatać – Ignaczak uśmiecha się tylko tajemniczo i zamyka za sobą drzwi gościnnej sypialni.

Zostaję sam w kompletnej ciszy, przerywanej tylko cichutkim posapywaniem śpiącego dziecka. Kładę się obok jego malutkiego ciałka, ale sen jak na złość nie chce przyjść pomimo piekielnego zmęczenia. Moją głowę znów zalewają bolesne wspomnienia. Pomimo upływu lat nic nie jest prostsze. Wzdycham przekręcając się na bok, uważając żeby nie obudzić Patryka. Jutro czeka mnie kolejny ciężki dzień pod gradobiciem pytań Krzysztofa, no i muszę przeżyć kolejną kandydatkę na żonę z serii „Krzysztof Ignaczak prezentuje…”.

Dawno nie spałem tak źle jak tej nocy. Koszmary z przeszłości dręczyły mnie za każdym razem, gdy zamykałem oczy. Rano budzi mnie dziwne wrażenie, że mnie ktoś obserwuje i ucisk na brzuchu. Otworzyłem jedno oko i zobaczyłem cztery pary oczu intensywnie we mnie wpatrzonych. Sebastian, Miłosz, Dominika i Zuzka stoją w równiutkim rządku i suszą ząbki w moim kierunku.
- Mama kazała nam cię obudzić wujku, bo kawa ci stygnie – młody Igła wziął na siebie obowiązek powiadomienia mnie o celu swojego przybycia.
- Obudzić, obudzić, obudzić – jęknąłem, gdy Patryk zaczął skakać pupą po moim brzuchu powtarzając to jak mantrę.
Wygramoliłem się z łóżka i razem z dzieciakami poszedłem do kuchni, gdzie czekało na mnie śniadanie. Dziwnie się poczułem, bo nie musiałem szykować nikomu jedzenia. Iwonka wyszła do pracy, dzieci wyrozchodziły się po pokojach z tajemniczymi minkami. To nie wróży nic dobrego. Igła musi już planować remont domu. Został ze mną tylko Patryk, bo niestety nikt nie zechciał zabrać go ze sobą. Niepocieszony z trzęsącą się brodą i przekrzywionymi czerwonymi okularkami wyglądał przekomicznie. Poprawiam mu binokle przy okazji całując go w nos.
- Nie przejmuj się. Zostajesz ze starszymi, przecież nie będziesz się bawił z dzieciakami nie? – chyba jestem dobrym pocieszycielem, bo mały się ożywia i zeskakuje z kanapy. Zahacza przy okazji o róg dywanu i wywija widowiskowego orła. Do kogo to dziecko się wdało? Tym razem to nie wina półślepoty tylko wrodzonego braku gracji. Wstaje jak zwykle sam. Staram się nie trząść się nad nim jak jakaś kwoka i pozwalam mu rozbić sobie kolano, czy nabić guza. Tym razem nie wytrzymuję i pstrykam mu zdjęcie telefonem, bo z zaróżowionymi policzkami, jednym kółkiem okularków na czole, drugim na policzku i szczerbatym uśmiechem wygląda rozczulająco. Szkoda, że Gosia nie może tego zobaczyć. Nasz synek to urocza, kochana, mała pokraka.

Igła wraca wreszcie obładowany zakupami sapiąc jak parowóz.
- Krzysiu mogłeś mnie obudzić, pomógłbym, co z tymi tobołami – schodzę z nim do samochodu po resztę prowiantu i napitku – Planujesz upić całą reprezentację, czy pół Rzeszowa?
- Cicho bądź! Zobaczysz, ze zabraknie – z szerokim uśmiechem wręcza mi karton wódki, sam zabiera drugi.
- Dziwnie tu cicho. Gdzie ta zgraja? – Krzysiek lekko zaniepokojony rozgląda się po salonie za naszymi dziećmi. Widzi tylko Patryka bawiącego się pod stołem drewnianym samochodem, który jeszcze chwilę temu stał na segmencie.
- Siedzą w pokojach. Mam złe przeczucia, ale jak idę pytać, co robią, to twierdzą, że wszystko OK i mam sobie iść i nie zawracać im głowy.
- To w sumie dobrze, bo mamy do pogadania. Nie unikniesz tego Zibi – wzdycham głośno i sadzam tyłek na kanapie.
- Dobra. Miejmy to już za sobą. Zrób coś do picia. Ja ugotuję obiad, bo nie wierzę, że się nauczyłeś. Potem jestem twój – wiem, że tego nie uniknę. Znów będę musiał wyspowiadać się ze swojego życia uczuciowego, albo w moim przypadku z łóżkowego.

Troszkę zbyt długi mi ten rozdział wyszedł, więc podzieliłam go na części.
Dziękuję za ponad 20 komentarzy pod poprzednim rozdziałem i mam nadzieję, że będziecie też i tuJ


niedziela, 7 lipca 2013

OSTATNIE POŻEGNANIE – BEZ PO0DANIA RĘKI. NOWY NAGROBEK, KOLEJNY ZNICZ – STRAŻNIK PAMIĘCI.



WSPOMNIENIE PIĄTE

Życie jest szansą, schwyć ją.
Życie jest pięknem, podziwiaj je.
Życie jest radością, próbuj ją.
Życie jest snem, uczyń je prawdą.
Życie jest wyzwaniem, zmierz się z nim.
Życie jest obowiązkiem, wypełnij go.
Życie jest grą, zagraj w nią.
Życie jest cenne, doceń je.
Życie jest bogactwem, strzeż go.
Życie jest miłością, ciesz się nią.
Życie jest tajemnicą, odkryj ją.
Życie jest obietnicą, spełnij ją.
Życie jest smutkiem, pokonaj go.
Życie jest hymnem, wyśpiewaj go.
Życie jest walką, podejmij ją.
Życie jest tragedią, pojmij ją.
Życie jest przygodą, rzuć się w nią.
Życie jest szczęściem, zasłuż na nie.
Życie jest życiem, obroń je.


Jasna, dębowa trumna na katafalku w zimnej, wilgotnej kaplicy przyciąga mój wzrok, choć wcale nie mam ochoty patrzeć w jej kierunku. Uchylone wieko kusi żeby zaglądać, choć wiem, co tam zobaczę. Jej blade, zimne ciało ubrane w najlepszą sukienkę. Niby wygląda jak ona, jakby spała, tylko, że jej zamknięte oczy pozostają nieruchome, a klatka piersiowa nie unosi się. Minęło już pięć dni od jej śmierci, a ja ciągle nie wierzę, nie dopuszczam do siebie myśli, że dziś rozpoczyna się ostatnie pożegnanie mojej żony.  Teraz jeszcze w otoczeniu najbliżej rodziny i przyjaciół. Ktoś szlocha, pociąga nosem, a ja nie jestem wstanie nawet mrugnąć powieką. Siedzę w pierwszej ławce, sam. Od dnia jej śmierci nie pozwalam się nikomu do siebie zbliżyć oprócz dzieci. Nie oczekuję pocieszenia, bo takie nie istnieje, nie chcę współczucia, bo to wcale nie pomaga, a mnie wręcz denerwuje. Chciałbym płakać, uzewnętrznić wszystko, co czuję, ale coś mi na to nie pozwala. Żyję jakby obok tego wszystkiego, nie wybierałem trumny było mi wszystko jedno. Nie wiem, kto to zrobił, chyba mój ojciec, który właściwie zajął się tym całym cyrkiem. Jedyną decyzją, jaką podjąłem sam, to miejsce pochówku. Teściowie chcieli pogrzebu w ich miejscowości, bo jestem młody, ułożę sobie kiedyś życie, a tam będzie miał, kto zająć się grobem. Pierwszy raz miałem ochotę uderzyć kobietę, choć bardzo lubię i szanuję swoją teściową. Powiedziałem tylko, że to moja żona i oni nie mają w tej gestii nic do powiedzenia. Wstaję rano tylko dla dzieci, jem, bo ktoś mi karze. Przeleżałbym całe dnie, ale ktoś ciągle próbuje wyciągnąć mnie z dołka nie zdając sobie sprawy z tego, że wtedy jest tylko gorzej. Nie pozwalają mi przetrwać pierwszych dni żałoby po swojemu. Wiem, ze mam wielkie szczęście, bo mam wspaniałych przyjaciół, ale oni chyba nie zdają sobie sprawy z tego, że zamieniłbym ich wszystkich za jeszcze kilka chwil z nią. Nie potrzebuję opieki, bo nie zamierzam robić głupstw. Mam, dla kogo żyć. Nieprzyjemny chłód kaplicy cmentarnej nie pozwala mi odlecieć zupełnie, boli mnie kręgosłup od siedzenia w twardej, drewnianej ławie, mieszanka palonych świec i specyficzny zapach martwego ciała przyprawia mnie o ból głowy. Wzdycham cicho i chowam twarz w dłoniach. Nie wiem nawet, co ja tutaj robię, po co tutaj siedzę, przecież to tylko ciało. Jej już nie ma i nie będzie. Czas stanął w miejscu, w złym miejscu i dla niewłaściwej osoby. Cały ten zamęt z przygotowywaniem pogrzebu minie, a do mnie dociera, że zostanę sam z swoimi nawykami, że nie usłyszę już jej śmiechu ani głosu przez telefon na długim zgrupowaniu. Wiem teraz, co znaczy strata. Tak wielu rzeczy nie zdążyliśmy wspólnie przeżyć, nie wszystko sobie powiedzieliśmy. Mam poczucie winy, że żyję, a ona nie. Co ja teraz czuję? Z jednej strony rozpacz. Boli, tak przeszywająco boli. Z drugiej strony ulgę, że koszmar umierania już się skończył, że ona już nie cierpi. Wiem też, że gorzej już nie będzie. Jedyną rzeczą, którą staram się w miarę ogarnąć to reakcje moich dzieci. Niczego przed nimi nie udaję, bo one i tak wiedzą, że jest źle. Nie pozwalam w żaden sposób się stępić, faszerować lekami uspokajającymi, choć chwilami mam ochotę się upić, upić do nieprzytomności i zapomnieć na choćby chwilę. 

Paraliżuje mnie strach, gdy przychodzi pora zamknięcia trumny. Pozwalam jej najbliżej rodzinie pożegnać się w pierwszej kolejności. Podchodzę sam, nie chcę niczyjej ręki na ramieniu, ani głupiej pocieszającej gadki.  Głaszczę jej zimny policzek, całuję ostatni raz w czoło, zamykam wieko i po prostu wychodzę. Nie mogę patrzeć jak pracownicy domu pogrzebowego zamykają trumnę na stałe. Różnica temperatur uderza we mnie tak mocno, aż tracę oddech. Słońce razi mnie niemiłosiernie, zakładam ciemne okulary, aby zakryć zaczerwienione i opuchnięte z braku snu oczy. Nie założyłem szkieł kontaktowych, ani okularów korekcyjnych. Wyszedłem z założenia, że im mniej widzę tym lepiej. Siadam na schodach kaplicy i zatykam rękami uszy. Mam dość słuchania szlochów i żałobnych modlitw. Prościej by było jakby mi ktoś odebrał na ten czas wszystkie zmysły. Nie wiem jak przetrwam ten dzień. Wzdrygam się, gdy małe rączki obejmują moją szyję, dopiero po zapachu rozpoznaję swojego synka. Nie pozwoliłem zabrać go na czuwanie, bo chcę żeby zapamiętał swoją mamę żywą i ciepłą, a nie tylko nieruchome ciało.
- Tatusiu! Ciocia mówiła, że zapomniałeś okularów. Przyniosłem ci – cholernie drażni mnie to, że wszyscy usiłują myśleć za mnie. Biorę jednak z wyciągniętej rączki Miłosz etui dziękując mu całusem w policzek. Mały cały czas tuli się do mnie nie bacząc na to, że jest straszny upał i obaj będziemy mokrzy. Nie mam serca go od siebie odsunąć, bo on na swój dziecięcy sposób ciężko przeżywa zaistniałą sytuację.

W kościele jest mnóstwo ludzi, których nie znam, część to bliższa lub dalsza rodzina, a reszta to gapie chcący zobaczyć cudzą udrękę. Okropny upał i ciężki zapach lilii dusi mnie i drażni. Marsz żałobny odbija się od ścian wielkiego, murowanego budynku otaczając mnie nieprzyjemnym dźwiękiem z wszystkich stron. Miłosz, małe przerażone dzieciątko przykleja się do mojego boku jak pijawka. Strużka potu spływa po mojej skroni, aż za kołnierzyk koszuli. Staram się opanować pierwsze symptomy ataku paniki, nie chcę odstawić szopki i wywoływać zamieszania. Mały łapie mnie za rękę i dzięki temu trzymam się resztek rzeczywistości. Niewiele z tej mszy pamiętam, docierały do mnie tylko strzępy słów wypowiadanych przez księdza. Że Bóg wie, co robi, że ta śmierć miała swój cel. Zupełnie nie wiem, jaki niby ten cel, prychnąłem tylko słysząc te bzdury. Że bohaterka, że poświęciła się dla dziecka, że osierociła troje, że zbolały mąż, że cierpiąca rodzina. Miałem nadzieję, że szybko skończy, bo byłem na granicy wywołania skandalu. „Ofiarujcie swoje cierpienie Bogu, a będzie Wam lżej…”, żeby to było takie proste to wiele bym oddał za ulgę.
Gdy wreszcie docieramy na cmentarz jestem cały mokry. Biała koszula klei mi się do pleców. Najbliższa rodzina i wszyscy znajomi zgodnie z jej życzeniem ubrani są na biało, bo ona lubiła biel, bo chciała trochę ożywić ten moment, bo ona taka była, taka inna i za to właśnie ja uwielbiałem. Była zawsze takim moim drogowskazem, nie wiem czy bez niej nie zbłądzę. Przez te lata zbyt mocno się od niej uzależniłem. Te wszystkie obrzędy pogrzebowe wzmagają tylko cierpienie. Prochem jesteś i w proch się obrócisz, najgorsza chwila mojego dotychczasowego życia. Odgłos drewna uderzającego o brzegi wykopanego w ziemi dołka przeraża mnie. Róbcie to delikatniej, przecież ona tam jest i to ją na pewno boli! Pierwsza grudka ziemi spadająca na wieko trumny z moje ręki i kolejne, kolejne…, już nie widać krzyża i bukietu stokrotek z szarfą: „Najukochańszej Żonie i Mamie – Mąż i Dzieci”
Łopata pełna piachu, jedna za drugą, głuchy odgłos ziemi uderzającej w trumnę jest coraz cichszy, aż wreszcie znika całkiem. Miłosz wybucha głośnym szlochem wołając mamę. Tulę go mocno do siebie, klepiąc po pleckach, ale on rozczula się coraz bardziej. Ktoś podchodzi żeby go zabrać, przytulam go mocniej do piersi.
- Zbyszek puść. Zabiorę go do domu. On ma już dość – pozwalam siostrze to zrobić, siłą ściągając jego rączki oplecione wokół mojej szyi. Było mi łatwiej, gdy był, teraz odczucie pustki jeszcze się spotęgowało. Przyjmuję mnóstwo kondolencji, nawet nie wiem, od kogo i po co. Ktoś bezczelnie robi zdjęcia nie siląc się nawet na wyłączenie flesza. Cierpienie jest dla tych ludzi lepszą pożywką niż sielanka. Nie wiem, może dzięki temu czują się szczęśliwsi.
Coraz mniej osób wokół grobu. Pozostała tylko najbliższa rodzina. Michał próbuje wyciągnąć mnie do domu, gdy zostaje już prawie sam.
- Zibi już czas. Chodź stąd – prosi mnie na wszelkie sposoby.
- Misiek weź Miłosza i Zuzię do siebie. Przyjdę po nich wieczorem, chcę pobyć sam. Muszę się pożegnać. Proszę zrób to dla mnie, daj mi czas.
- Dobra, ale nie siedź tu zbyt długo, bo dzieciaki cię potrzebują, nie rób żadnych głupstw – patrzy na mnie trochę nieufnie, jakby się bał, ze rzeczywiście jestem zdolny do targnięcia się na własne życie.
- Nie martw się. Ja wiem, jakie mam priorytety w tej chwili – odchodzi wręczając mi kluczyki do swojego samochodu.

Zostaję zupełnie sam obok stosu kwiatów, zniczy i jej ciała głęboko pod ziemią. Kucam dotykając delikatnych płatków zmaltretowanych przez prażące słońce. Jeśli te kwiaty maja uczucia to pewnie są w takim samym stanie jak ja.
Nie wiem jak długo tak stoję czekając na jakiś znak, na cokolwiek, co mogłoby dać mi nadzieję na przyszłość. Nic takiego nie ma miejsca, Odchodzę dopiero jak zapada zmierzch, zmęczone mięśnie dają o sobie znać, bark snu i stres wysysa ze mnie resztki sił. Odwracam się jeszcze kilka razy, choć wiem, że i tak jutro tutaj przyjdę, nie chcę żeby była tutaj sama.
Wiem, że ona nie życzy sobie żeby cierpiały nasze dzieci, żebym cierpiał ja. Wręcz przeciwnie. Rzeka życia płynie dalej, a my próbujemy utrzymać się w jej nurcie ze wszystkim, co nas otacza. Z miłością, gniewem, wdzięcznością, życiem i śmiercią. Pewnie nie raz jeszcze pójdę na dno, żeby potem wynurzyć się po życiodajne powietrze, nie raz wpadnę w niespodziewany wir, ale mam nadzieję, że dam radę przetrwać to, co mnie czeka. Jestem wdzięczny za wszystko, co dobrego od niej dostałem i mam nadzieję, że kiedyś pogodzę się z jej śmiercią…

- Nigdy się nie pogodziłem – otwieram oczy i wpatruję się w nią intensywnie
- Zbyszku nawet nie wiemy, czy bylibyśmy razem, czy nasze małżeństwo by przetrwało.
- Wolałbym sam się o tym przekonać, a nie dostać cztery prawe proste i paść na deski w pierwszej rundzie.
- To był tylko nokdaun. Wstałeś i walczyłeś dalej. Mam jednak do ciebie pretensje, bo nie spełniłeś mojego ostatniego życzenia. Korzystałeś potem z życia, pieniędzy, sławy i urody, ale nigdy nie ułożyłeś sobie życia z inną kobietą.
- Nie chciałem ryzykować, choć Igła wiódł prym w próbach swatania mnie – uśmiecham się na samą myśl o jego niezbyt dyskretnych działaniach.
- Tak! Krzysiek i jego pouczające gadki.
- Przeprowadziłem z nim wiele trudnych rozmów. Jedna szczególnie zapadła mi w pamięć, 3 lata po twojej śmierci, kilka dni przed pożegnalnym benefisem na zakończenie jego kariery…

Przepraszam za to wyżej, że takie smutne…
Dziękuję moje kochane za wszystkie komentarze, szczególnie tym z Was, które są ze mną od początku i tym, które przyszły później, a także tym, które były, a nie zostały, czego żałuję i co mnie boli. Nie spodziewałam się, że zechcecie to czytać. Dziękuję za ponad 4 tyś wejść. Mam nadzieję, że ujawnią się ci, którzy tylko czytają, bo każdy komentarz to super motywacja do dalszej pracy!